Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl


Urodził się 75 lat temu w Puttaparthy, maleńkiej wiosce w południowych Indiach. Założył tam ashram, do którego przybywają wyznawcy z całego świata, by doznać oświecenia i oczyszczenia, nasycić się energią miłości i uzdrowienia, otrzymać błogosławieństwo, zobaczyć materializację vibutti i inne cuda.

Sai Baba od 60 lat naucza o życiu według pięciu wartości: prawdy, pokoju, miłości, dobrego postępowania i niekrzywdzenia. Mówi, by nieustannie kierować uwagę na miłość do wszystkich istot, które są przecież odbiciem Boga. Podczas jego narodzin instrumenty same zadźwięczały. Niezwykłe predyspozycje przejawiał od dziecka. Znikał w jednym miejscu, by pojawić się za chwilę w innym, materializował dla dzieci owoce i cukierki, karmił biednych, nie pozwalał zabijać zwierząt. Dziś buduje szpitale i szkoły, w większości z nich nauka i opieka medyczna jest bezpłatna. Jedni wielbią go i uważają za cudotwórcę, duchowego nauczyciela boskiego Awatara - inkarnację Buddy, Krishny, Jezusa. Inni posądzają o niecne czyny i kuglarstwo.

Decyzja o wyjeździe do Indii pojawiła się nagle. Gdy koleżanka powiedziała przez telefon, że ktoś z grupy zrezygnował i została jedna rezerwacja na samolot, najpierw odmówiłam. I w tej samej chwili poczułam, że popełniłam błąd. Coś mówiło mi w środku, że jest to dla mnie szczególnie ważne. Że rozpocznę nowy i niezwykły etap w swoim życiu, przejdę transformację. Nie byłam wyznawczynią Sai Baby, a po doświadczeniach z różnymi nauczycielami duchowymi i trenerami rozwoju podchodzę nieufnie do objawionych prawd i nauk. Ponadto sama prowadzę sesje i zajęcia pod nazwą "Holistyczne uzdrawianie ciała i umysłu". Polegają one na używaniu pozytywnych i świadomych myśli, by działać skutecznie, być niezależnym i twórczym, kreować lepsze życie i nie ulegać manipulacji.

Wahałam się, czy skorzystać z okazji wyjazdu. Numerologia, której się poradziłam, zachęciła mnie. Dzień ewentualnego wyjazdu, 6 lutego 2001 roku, był naznaczony dla mnie wielkim przełomem. Gdybym została w kraju, przemiana rozłożyłaby się w czasie i miała mniejszy oddźwięk.

Po paru dniach oddzwoniłam, że jadę, ale biletu już nie było. Na ten dzień wiele osób planowało wyjazd do Indii na spotkanie z Sai Babą podczas święta oczyszczenia Mahashivaratri. W medytacji poprosiłam Sai Babę o wyczarowanie dla mnie biletu i pojechałam do biura podróży. Oczywiście, pani wiedziała, że biletów nie ma, ale nalegałam, więc raz jeszcze sprawdziła w komputerze. Zaskoczona powiedziała - jest! Wiza była gotowa tego samego dnia. Podobno wszystko, nad czym ma opiekę Sai Baba, dzieje się bardzo szybko.

Od tej chwili o cokolwiek w myślach prosiłam, spełniało się. Zaczęła się moja podróż cudów. W samolocie pomyślałam, że dobrze byłoby najpierw odwiedzić Goa, piękną miejscowość wypoczynkową nad oceanem, niedaleko Bombaju. I od razu wyrósł jak spod ziemi Niemiec, który zaproponował wycieczkę do Goa. Pewnego dnia chciałam z kimś zwiedzić muzeum wszystkich religii. I wtedy na placu przed świątynią podeszła do mnie obca dziewczyna, pytając po polsku: idziesz ze mną do muzeum? Podobne zdarzenia spotykały mnie wiele razy.

Nie interesowałam się zakupami, wycieczkami ani plotkami. Pragnęłam ciszy, by usłyszeć własne myśli, nawiązać kontakt z mądrymi ludźmi poszukującymi oświecenia, skupić się na wewnętrznej transformacji, przemyśleniach i kontaktach z Sai Babą. Mieszkanie w wieloosobowym pokoju w ashramie dało mi nieźle w kość. Poprosiłam więc w myślach Sai Babę, by wskazał mi miejsce, gdzie znajdę ciszę i współodczuwanie. I niespodziewanie spotkałam w ashramowym ogrodzie koleżankę, której nie widziałam 10 lat, zamieszkałam razem z nią i z ciszą. Pewnego dnia idąc o 4 rano na omkar (poranne śpiewanie 21 razy mantry OM) pomyślałam, że chciałabym spotkać kogoś, kto tu był wiele razy i może opowiedzieć mi o swoich doświadczeniach.

Zaraz pojawiała się Maria Luiza, Włoszka, i nie pytana zaczęła mi opowiadać o cudach, jakie się jej przydarzyły, o naukach Sai Baby. Poczęstowała mnie vibutti - świętym proszkiem materializowanym przez Sai Babę. Tego samego dnia poznałam jeszcze dwie kobiety, również Włoszki. Jedna z nich, po cudownym uzdrowieniu zaćmy przez Sai Babę, została w ashramie i pracuje za darmo w szpitalu. Druga, z Mediolanu, jest żoną lekarza, również pracującego tu bez wynagrodzenia. Obie bardzo szczęśliwe. W słynnym szpitalu w Puttaparthy chciałam oddać krew dla poszkodowanych podczas trzęsienia ziemi. Miałam obawy, czy nie zemdleję, bo nie czułam się dobrze - mało snu, upał, zmiana czasu osłabiły mnie. Lekarz odczytał moje myśli - Hindusi pracujący z Sai Babą po prostu czytają myśli, przekonałam się o tym wielokrotnie - położył mnie na łóżku naprzeciw obrazu Sai Baby i powiedział: "Tu nie zemdlejesz, a za chwilę poczujesz się świetnie". I tak się stało. Mimo to nadal byłam czujna i nieufna. W świątyni, podczas Drashanu, czyli błogosławieństwa, lekko zdziwiona patrzyłam na wniebowzięte twarze ludzi, gdy Sai Baba powoli przechodził, wykonując tylko delikatne ruchy rękami. Bardzo się starałam przeżyć coś szczególnego, ale nie czułam nic. Wiedziałam, że wiele osób przy pierwszym spotkaniu z Sai Babą płacze, doznaje ogromnych wzruszeń i otwarcia czakramu serca. Byłam trochę rozczarowana.

Postanowiłam się wyciszyć, wyhamować cywilizacyjny pęd i zmienić wibracje na bardziej subtelne. I wtedy zostałam jakby zmuszona do zrezygnowania z ciągłej obserwacji tego, co się działo wokół mnie, i skupienia się na sobie. Wielonarodowościowy tłum oczekujący kilka godzin na pojawienie się Sai Baby pragnął jednego: Niech na mnie spojrzy! Niech mnie dotknie! Niech weźmie moje listy! Sai Baba nazywa te pragnienia "wirusem ashramu". Zaleca powstrzymywanie się od takich myśli, bo najważniejszy jest spokój umysłu.

Pewnego dnia pogrążyłam się w świątyni w głębokiej medytacji, w myślach śpiewałam mantrę OM. Poczułam, że dźwięk staje się bardzo materialny, wychodzi ponad moją głowę i sadowi się w czakramie korony i tam śpiewa. Nagle otworzyłam oczy i zobaczyłam, że Sai Baba stoi naprzeciw mnie i wpatruje się w punkt nad moją głową. I wtedy poczułam wreszcie tę wspaniałą energię miłości, jaką emanuje Sai Baba. Popatrzył przenikliwie na mnie, potem odwrócił się. Balon energii nad moją głową pękł i oblał mnie gorący, wibrujący strumień. Ta energia otworzyła moje serce. Zaczęłam inaczej rozumieć świat i ludzi. Odkryłam, że miłość nabiera w tym miejscu nowego wymiaru. Takiego rodzaju wibracji jeszcze nie zaznałam.

Odczuwałam potrzebę kochania ludzi, ofiarowywania im siebie bez oczekiwania wdzięczności. Robiłam to z wielką radością i nieprawdopodobnym poczuciem spełnienia. Okazywałam ludziom życzliwość i pomoc bez obaw, że może być źle zrozumiana. Sai Baba uczy, by myśleć dobre myśli, mówić dobre słowa i czynić dobro, a wtedy spotka cię wszystko to, co najlepsze. Przekonałam się, że jest to zasada prawdziwa. Jeśli się ją stosuje na co dzień, życie staje się łatwe, świat bezpieczny i przyjazny. Nie ma nic piękniejszego niż wywołanie uśmiechu na twarzy innego człowieka. Zestresowanym, zajętym staraniami o lepsze miejsce w świątyni, aby być jak najbliżej Sai Baby, ustępowałam swojego miejsca, oddawałam swoją porcję wody. Wiedziałam bowiem, że nie muszę się przepychać, walczyć, bo dostanę wszystko i jeszcze więcej.

Odczułam to najsilniej podczas święta oczyszczania Mahashivaratri. Widząc nieprzebrane tłumy, początkowo chciałam spędzić tę świętą noc w pokoju. Nasłuchałam się opowieści, że ludzie napierający na wejście do świątyni łamią słabszym ręce i nogi, Hinduski arogancko rozpychają się łokciami i poszturchują białe kobiety, bo to przecież "ich święto". Po namyśle zdecydowałam się wziąć udział, ale najpierw poprosiłam mentalnie Sai Babę o opiekę, by móc godnie uczestniczyć w ceremonii.

Stało się tak, że w tym rozhisteryzowanym tłumie doznałam wielkiej troski właśnie od Hindusek, że stałam w cieniu, a nie na słońcu, a gdy moja linia wylosowała bardzo dalekie miejsca w świątyni, porwał mnie tłum i "wniósł" blisko Sai Baby. Zdawałam sobie sprawę, że siedzące wokół Hinduski mogą być nastawione do mnie niechętnie, obawiałam się, jak wytrwam z nimi wiele godzin siedząc na podłodze, bez możliwości wyjścia na zewnątrz. Przypomniałam sobie słowa Sai Baby: "Pamiętaj, że w drugim człowieku, kimkolwiek by był, jest taka sama iskra boskości jak w tobie, że on też potrzebuje miłości tak samo jak ty. Wówczas łatwo ci będzie nie oceniać go i życzyć mu tyle dobra, co i sobie". Poczułam do tych kobiet miłość i życzliwość, chyba emanowałam te uczucia mocno i prawdziwie, bo choć nie prosiłam, Hinduski podawały mi wodę, głaskały i wachlowały, bym nie zemdlała w tym strasznym upale. Przeżyłam w tamtej chwili i w tamtym miejscu coś, co bym nazwała eksplozją bezinteresownej miłości. I za to wspaniałe transformujące doznanie jestem wdzięczna Sai Babie. Pozostało ono we mnie na zawsze.

W naszym zabieganym, zracjonalizowanym świecie powstała nowa choroba: syndrom braku miłości. Pewnie dlatego ludzie różnych kultur, ras, zawodów i wyznań spragnieni są miłości. Fenomen Sai Baby polega między innymi na tym, że uzdrawia miłością. Budzi w ogromnych tłumach dobre uczucia. Ludzie po spotkaniu z nim niosą w świat myśli o pokoju, czynieniu dobra, niekrzywdzeniu.

Autorka:

EWA MAY

Artykuł ukazał się w majowym wydaniu miesięcznika "CZWARTY WYMIAR"