Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Zacznijmy naszą podróż od Europy Północnej, gdzie w ostatnich latach odnotowano pojawienie się tajemniczych obiektów podwodnych w okolicach Grenlandii, Islandii, Norwegii, a zwłaszcza Szwecji.

W kwietniu 1988 roku Bengt Gustafsson, główny dowódca armii szwedzkiej. podał do publicznej wiadomości, że w ciągu ostatnich sześciu miesięcy odnotowano aż trzydzieści przypadków wykrycia nie zidentyfikowanych obiektów podwodnych (USO) na wodach szwedzkich. Ponieważ raporty z obszaru Skandynawii prawie na pewno dotyczą statków cywilizacji ziemskiej, czasem są wytworami wyobraźni pobudzonej plotkami i paniką lub efektem pomylenia skał podwodnych i innych cech topograficznych dna morskiego, nie będziemy się przy nich zatrzymywać dłużej. W roku 1959 na polskim wybrzeżu Bałtyku w okolicach Kołobrzegu żołnierze zaobserwowali, jak ze wzburzonego morza wyłonił się trójkątny obiekt o ponad trzymetrowych bokach. Tajemniczy przedmiot okrążył koszary i odleciał. W żaden sposób nie można go było uznać za wytwór cywilizacji ziemskiej, podobnie jak nie mógł nim być pojazd widziany na jednym z fiordów norweskich w roku 1959.

Pewnego grudniowego wieczora o godzinie dziesiątej Lorentz Johnson wracał do domu w Skomsvoll, gdy nagle ujrzał przedmiot w kształcie cygara, unoszący się na niebie na wysokości około trzystu metrów. Wyposażony był w okna, z których sączyło się czerwone światło. Nagle wypadły z niego dwa podłużne obiekty i zniknęły w odmętach fiordu. Inny znajdujący się w pobliżu świadek nie spostrzegł niczego dziwnego, ale usłyszał plusk rozpryskującej się wody. Pięć lat później pewien człowiek łowiąc ryby w tym samym rejonie natknął się na coś na dnie morza. Przy użyciu sonaru, który miał na łódce, zlokalizował potężny obiekt. Cztery lata później potwierdzono to niezwykłe odkrycie, gdy norweska grupa badaczy UFO wykryła za pomocą sonaru sześcio metrowy przedmiot na głębokości dziewięćdziesięciu metrów, lecz nurkowie nie zdołali do niego dotrzeć.

W lutym 1963 roku około pięćdziesięciu do dziewięćdziesięciu metrów od północnych wybrzeży Norwegii w kierunku Spitsbergenu miało miejsce bardzo dziwne wydarzenie. Okręty brytyjskiej floty królewskiej na północnym Atlantyku odbywały w tamtejszych rejonach ćwiczenia. Tego ranka świadek wydarzenia pełnił służbę obsługując radar sonarowy na jednej z fregat. Na ekranie pojawił się punkt oznaczający trójwymiarowy obiekt. Dane wskazywały na przedmiot od trzydziestu do trzydziestu pięciu metrów i wysokość ponad dziewięćdziesiąt metrów.

Jego pojawienie się było tak nagłe, że przekracza możliwość jakichkolwiek znanych pojazdów, a świadek twierdzi, że ten sam obiekt pojawił się także na radarze najbliższego okrętu, przy czym warunki wykluczały błędną lokalizację celu. Nie zdołano go jednak wypatrzeć przez lornetkę ani skontaktować się z nim przez radio. Wysłano więc odrzutowce, aby przechwyciły cel. Kiedy zbliżały się do niego na odległość dwudziestu do dwudziestu pięciu kilometrów, na ekranie zarejestrowany gwałtowny spadek punktu po ostrym łuku, po czym przebiegł przez pozostałe trzy ekrany i zszedł poniżej linii horyzontu, tzn. na wysokość dwustu pięćdziesięciu do trzystu metrów. Wszystko to stało się w ciągu dwóch, trzech sekund. Po utracie kontaktu radarowego cel został przechwycony pod wodą przez sonar rejestrujący obiekt poruszający się szybko na dystansie około piętnastu kilometrów w kierunku, w którym podążał obiekt latający zaobserwowany poprzednio na radarze.

W końcu opadł głęboko w wodę, poruszając się błyskawicznie po zygzakowatym torze daleko od okrętu, a po kilku minutach kontakt został nieoczekiwanie przerwany. Okręt podpłynął do miejsca na morzu, gdzie obiekt pojawił się poraz pierwszy, ale nie było już po nim śladu. Nie udało się także ponownie nawiązać kontaktu. Podobne meldunki o nie zidentyfikowanych obiektach pochodzą także znad wybrzeży Wielkiej Brytanii-Anglii, Walii i Szkocji. Częste były tam przypadki , kiedy w strefach przybrzeżnych zauważano płomienie i wzywano statki ratownicze, które po przybyciu nie zauważały niczego co mogłoby wyjaśnić zaobserwowany pożar. Takie wydarzenia zdarzały się z niejaką regularnością u wybrzeży wschodniej Anglii (Norfolk, Suffolk). W maju 1975 roku znaleziono przez przypadek jakiś bardzo masywny przedmiot. Około czterdziestu pięciu kilometrów od Gorleston statek rybacki uderzył w obiekt zanurzony w wodzie na głębokości ponad cztery i pół metra, uszkadzając śrubę okrętową. Statek cofnął się, po czym za pomocą echosondy usiłował zlokalizować przeszkodę, ale nie zdołał jej odnaleźć.

W książce Nadejście statków kosmicznych Gawin Gibbons opisuje dziwne obserwacje poczynione na wybrzeżu w Dyffed w Walii w marcu 1955 roku.

" O godzinie siódmej piętnaście wieczorem pani Harding, żona pewnego gospodarza z Abererth, usłyszała wołanie córki, która z głową zadartą ku niebu wskazywała w górę. Na północny zachód od miejsca, gdzie się znajdowały, nad powierzchnią morza lśniła olbrzymia, pomarańczowa, ciągnąca za sobą czarne pasmo kula, która znacząc na niebie zygzakowatą smugę powoli opadała w dół. Obie stwierdziły później, że bardzo przypominała słońce, gdyby nie dziwny tor, jaki zakreśliła, i długi, czarny ogon falujący z tyłu. Podczas gdy przyglądały się temu niezwykłemu zjawisku, nastąpiła eksplozja i dziwny obiekt, nie zmieniając kulistego kształtu i wciąż zachowując intensywnie pomarańczowy kolor, runął do morza. Co dziwniejsze, nadal widać było blask pod powierzchnią wody, który zniknął dopiero po ponad godzinie, kiedy obiekt ostatecznie się rozpadł. Ciągnący się z tyłu ogon zmienił kolor z czarnego na szary, zanim się rozproszył. Nie było słychać żadnych rejestrowalnych przez ucho ludzkie dźwięków ani w powietrzu, ani w wodzie." Tego wieczoru podobny obiekt widziano z brzegu kilkanaście kilometrów na północ w pobliżu Tywyn. Z relacji dwóch świadków wynika, że jasnopomarańczowy przedmiot wpadł do morza i ponownie wystrzelił w powietrze, pozostawiając za sobą szary ślad. Niestety, nie pewności, czy oba raporty dotyczyły tego samego zjawiska.

Pewnego lipcowego dnia w roku 1910 załoga francuskiego statku rybackiego w trakcie połowu w kanale La Manche niedaleko wybrzeży Normandii spostrzegła "olbrzymi, czarny obiekt przypominający ptaka", spadający z nieba. Po chwili wpadł do morza, wyłonił się zeń, ponownie opadł i zniknął bez śladu.

Na południu Portugalii 6 lipca 1965 roku dowódca i członkowie norweskiego tankowca zobaczyli obiekt w kształcie cygara, wylatujący z morza niedaleko Puerto la Cruz. Jaśniał niebieskim światłem, a szereg łuków po bokach żółtym blaskiem.

Szesnaście lat później tuż nad granicą hiszpańską w prowincji Huelva dwóch chłopców widziało światło wydobywające się z morza jakieś trzysta metrów od linii brzegowej. Było to w nocy 8 lutego 1981 roku i uwagę ich zwrócił najpierw blask pochodzący z głębin. "Światło jaśniało coraz bardziej i bardziej, więc myśleliśmy, że to zbliżająca się lodź podwodna, ale nagle wynurzyło się z wody i przez chwilę pozostało zawieszone na wysokości około pięciuset metrów, po czym szybko zniknęło bez śladu."

Dalej na wschód, na Morzu Śródziemnym, odnotowano znaczną ilość wypadków aktywności USO.

26 lipca 1970 roku pewien nurek poławiający niedaleko Alcocebre we wschodniej Hiszpanii zszedł na głębokość siedmiu i pół do dziewięciu metrów koło sześćdziesięciu metrów od brzegu i natknął się na dziwny metaliczny cylinder o długości ponad sześciu metrów, spoczywający na dnie morza. Po dokładnym obejrzeniu bezskutecznie próbował go poruszyć czy choćby wydrapać coś na jego powierzchni nożem. Następnego ranka wiosłował z kolegą w tym samym miejscu, kiedy jego towarzysz spostrzegł, że coś wydobywa się z wody. Kilka godzin później , gdy zanurkował tam ponownie, cylindra już nie było. Jako nurek z wieloletnim doświadczeniem stwierdził z całą pewnością, że kilka razy penetrował to samo miejsce.

Osiem lat wcześniej na Morzu Śródziemnym miało miejsce spotkanie z nie zidentyfikowanym obiektem podwodnym, jeden z nielicznych przypadków, w których oprócz pojazdów pojawiły się także nieznane istoty żywe. Miejscem tego wydarzenia był port rybacki w Le Brusc między Marsylią a Niceą w południowej Francji. Późną nocą 1 sierpnia 1962 roku trzech rybaków wypłynęło w morze, kiedy nagle zauważyli coś, co przypominało łódź podwodną, poruszającą się wzdłuż powierzchni wody. Jacyś ludzie podobni do żab, wynurzyli się z morza i wspięli na statek. Gdy rybacy zbliżyli się na odległość trzystu metrów, jeden z nich krzyknął coś do nieznajomych przez głośnik. W odpowiedzi jeden z przybyszów odwrócił się i pomachał ręką w ich kierunku. Gdy tylko znalazł się w środku, pojazd uniósł się nad powierzchnię wody i krążył kilka minut, migocząc jaskrawymi, czerwono-zielonymi światłami. Potem w kierunku rybackiej łodzi pomknął błysk białego reflektora, a następnie wszystko zgasło. Wtedy statek zaczął obracać się coraz szybciej, aż wystrzelił z ogromną prędkością i połyskując pomarańczowym światłem zniknął wśród gwiazd, pozostawiając rybaków oniemiałych i zafascynowanych widokiem. "Oprócz fal nie usłyszeliśmy żadnego dźwięku pochodzącego ze statku i nietrudno się domyślić, że długo zastanawialiśmy się wspólnie, co to mogło być. Jeśli byłaby to łódź podwodna, helikopter czy hydroplan z pewnością byśmy je rozpoznali."

Niewielu świadkom udało się wejść w tak bliski kontakt z USO i zobaczyć jego załogę. Jeśli uznamy ją za prawdziwą, to wspomniana historia jest naprawdę nadzwyczaj wyjątkowa. Nie można oczywiście założyć, że to wszystko naprawdę się wydarzyło, gdyż nie jesteśmy w stanie sprawdzić wiarygodności wszystkich relacji. Dlatego musimy polegać na uczciwości badaczy i dziennikarzy, których prace wykorzystujemy, przy czym nie posługujemy się informacjami wzbudzającymi jakiekolwiek wątpliwości.

Pojawienie się USO zaobserwowano także u wybrzeży włoskich, zwłaszcza podczas masowych "odwiedzin" UFO na terenie Włoch w roku 1978. W październiku tego roku rybacy ujrzeli trzydziesto metrowe słupy powstające przy spokojnej pogodzie oraz ciemne "ciało", dłuższe od ich łodzi, wynurzające się na krótką chwilę z morza, by natychmiast ponownie zniknąć w głębinach. Porzucimy teraz Morze Śródziemne i podążymy na południe, gdzie również zarejestrowano pewną aktywność USO wokół kontynentu afrykańskiego. Jedyny raport z jego zachodniej części pochodzi z roku 1902, kiedy 28 października we wczesnych godzinach rannych na statku "Salisbury Fort", znajdujący się w Zatoce Gwinejskiej w pewnej odległości od wybrzeży Afryki Zachodniej na południowym Atlantyku, obserwator zauważył olbrzymi, czarny obiekt na prawej burcie. Wezwał drugiego oficera i wspólnie ze sterownikiem obserwowali dziwną łódź podwodną. Drugi oficer wspominał później: "Byliśmy trochę przestraszeni. W ciemności trudno było rozróżnić szczegóły, ale miało to około stu pięćdziesięciu do stu osiemdziesięciu metrów i dwa światła, po jednym na każdym końcu. Jakiś mechanizm poruszał wodę. Powierzchnia pojazdu robiła wrażenie łuskowatej, nie zaś gładkiej, a on sam powoli tonął. Opis nasuwa skojarzenia z jakimś olbrzymem wodnym, ale sto osiemdziesiąt metrów to wymiary niewyobrażalnie ogromne jak na zwierzę, nie mówiąc już o światłach na samym końcu." Czy mogła to być nasza łódź podwodna? Wprawdzie mniej więcej w tym czasie produkcja łodzi podwodnych na świecie rozwijała się dosyć intensywnie, a pierwsza z nich została spuszczona na wodę przez Brytyjczyków w roku 1901, niemożliwe jednak, aby ten pierwszy model mógł się oddalić tak daleko od lądu.

Na wschód od Afryki jedyny zarejestrowany USO, o którym wiem, pojawił się na jednej z wysp, gdzie 10 lutego 1975 roku mieszkaniec Petite Ile zauważył bardzo jaskrawy przedmiot, wyłaniający się z morza i prędko znikający na horyzoncie. Dalej na wschód, gdzieś na Oceanie Indyjskim, czwarty oficer na statku "Queensland Star" ujrzał na niebie biały obiekt latający, który wpadł do morza rozświetlając wodę; Gdy obiekt zatonął, cząsteczki jakiejś białej substancji pojawiły się na morzu. Miało to miejsce 18 września 1901 roku.

Tajemnicze "łodzie podwodne" widywano także wokół Australii i Nowej Zelandii. 11 kwietnia 1965 roku na skałach Wonthaggi w Wiktorii dwóch mężczyzn przez piętnaście minut obserwowało przedziwne pojazdy. Z powodu znajdujących się na nich wieżyczek obserwacyjnych uznali je za łodzie podwodne, ale rzecznik marynarki wojennej tak wypowiedział się na ten temat: "Biorąc pod uwagę strefę pojawienia się obiektu oraz ukształtowanie linii brzegowej, wstępna analiza wykazała, że wspomniane statki nie mogły być łodziami podwodnymi." Zaledwie cztery dni później dwóch nastolatków widziało dwa cylindryczne obiekty niedaleko Coolum, a trzy dni później dwaj rybacy uciekali przed dużym obiektem podążającym ich śladem w pobliżu Mooloolaby. 6 czerwca 1965 roku na morzu niedaleko Fraser Island także widziano dwa nie zidentyfikowane obiekty: ciemne, wąskie i długie na około trzydzieści metrów. Inni świadkowie dostrzegli z samolotu dwa lub trzy mniejsze, krążące wokół tych większych.

Zagadkowe "łodzie podwodne" widziano również w 1965 roku w okolicach Nowej Zelandii, wcześniej nawet niż w Australii. 12 stycznia w Kaiparze na północ od Helensville samolot DC-3 przelatywał na wysokości stu pięćdziesięciu metrów nad przystanią, kiedy kapitan zauważył "wieloryba na mieliźnie", który po dokładniejszym obejrzeniu okazał się być metaliczną konstrukcją o długości około trzydziestu metrów. Marynarka potwierdziła, że nie mogła to być normalna łódź podwodna z powodu niedostępności tego rejonu dla tego typu sprzętu. W listopadzie tego samego roku dwaj rybacy w drodze na Wyspę Stewarta zobaczyli z odległości trzystu metrów wynurzającą się z morza dziwną wieżę, w pobliżu której pojawiła się także skrzynia. Po kilku sekundach woda wezbrała, pochłaniając oba przedmioty. Rybacy twierdzili, że nie widzieli ani wieżyczek obserwacyjnych, ani wielorybów, a eksperci marynarki wojennej zapewnili, że znajdujące się w tym miejscu skały uniemożliwiają poruszanie się okrętów podwodnych.

28 grudnia 1976 roku niedaleko Coomlieyna Beach koło Ceduna grupa tubylców łowiąca ryby przy brzegu spostrzegła łódź podwodną, wypływającą na powierzchnię. Miała około piętnastu metrów długości, białą wieżyczkę obserwacyjną, czarną linię centralną i czerwony pas na wysokości linii zanurzenia. Rzecznik królewskiej floty australijskiej oświadczył jednak, że łodzie podwodne są zazwyczaj w ciemnych kolorach, a opisane szczegóły nie pasują do wyposażenia marynarki wojennej na świecie.

Co więcej, w tym samym czasie na wodach nie znajdowały się w tej strefie żadne okręty. Dalej na północ nie zidentyfikowane obiekty podwodne spotykano w różnych miejscach u wybrzeży Azji Wschodniej, wśród których najbardziej wysunięty na południe był Wietnam. 16 czerwca 1909 roku niedaleko Dong Hoi w Annamie we wczesnych godzinach rannych pewien rybak przez dziesięć minut obserwował "ognistą kulę", zanim wpadła do morza. Stosunkowo długi czas między pojawieniem się obiektu a jego zanurzeniem wyklucza przypuszczenie, że był to meteoryt. Niedaleko Inchon w Korei Południowej załoga amerykańskiego widziała dwa obiekty z dymiącymi wstęgami, które z wielką prędkością uderzyły o taflę morza, wzniecając ogromne bryzgi wody. Było to w grudniu 1950 roku, a sześć lat później ogromny przedmiot, promieniujący błękitnoszarym światłem, wpadł do morza w pobliżu Pusan w Korei Południowej. Łunę widziano jeszcze przez ponad godzinę, a obiekt kołysał się na powierzchni, zanim utonął.

W latach 1956-1957 u wybrzeży Japonii również zaobserwowano dziwne przedmioty zstępujące do morza, a z mniej odległych wydarzeń tego rodzaju odnotować należy pojawienie się USO w sierpniu 1980 roku. Tym razem kapitan radzieckiego statku badawczego na Morzu Japońskim spostrzegł, jak metaliczny obiekt w kształcie cylindra powoli wyłania się z wody, zawisa w powietrzu i nagle odlatuje w dal.

Przemierzywszy Ocean Spokojny, docieramy do Ameryki, gdzie także miały miejsce tego rodzaju wydarzenia. Zatrzymamy się najpierw na Aleutach na dalekiej północy, gdzie latem 1945 roku załoga amerykańskiego transportowca wojskowego wiozącego posiłki na Alaskę ujrzała ogromny, okrągły obiekt, wynurzający się z morza w odległości półtora kilometra. Po chwili wzniósł się w powietrze i okrążywszy statek odleciał na południe. 9 marca 1960 roku dwóch różnych świadków zaobserwowało tajemnicze zjawisko na wodach cieśniny Juana de Fuca w stanie Waszyngton. Na południe od Port Angeles dwaj kierowcy ciężarówek donieśli o pojawieniu się płomiennego pojazdu, opuszczającego się do wody. Na miejscu nie znaleziono niczego i nie zgłoszono o zaginięciu żadnego samolotu.

Odnotowano też liczne meldunki o obiektach wpadających do morza u wybrzeży stanów Oregon, Waszyngton i Kalifornii. Mimo, iż w większości przypadków w toni morskiej nie pozostał żaden ślad, 27 lipca 1984 roku w pobliżu wyspy Lummi znaleziono na dnie morza metalowy pomarańczowozłoty przedmiot w kształcie jaja. Stanąwszy na nim, jeden z nurków usłyszał buczenie, a kiedy wypłynął na powierzchnię, jego płetwy pokrywał rudawy osad. Po kilku dniach nurkowie powrócili na miejsce, ale ów przedmiot zniknął.

28 lipca 1962 roku kapitan i załoga łodzi rybackiej zaobserwowali niezwykły obiekt podwodny. Tuż przed świtem nisko nad wodą kapitan dostrzegł światła i poprowadził statek bliżej, aby lepiej się przyjrzeć. Przez lornetkę wypatrzył pękatą, oświetloną konstrukcję, która wyglądała jak rufa łodzi podwodnej sterowanej przez ludzi: "Widzieliśmy pięciu ludzi-dwóch w białych kostiumach, dwóch w ciemnych spodniach i białych koszulach i jednego w błękitnym stroju płetwonurka. Przepłynęliśmy na trawersie około trzystu metrów i byłem pewien, że to zanurzona łódź podwodna z szarej stali, bez oznaczeń, z pokładami tuż pod powierzchnią wody, tak że jedynie ogon i rufa o przedziwnym kształcie były widoczne." Obiekt zbliżał się w ich kierunku i przemknął obok bardzo szybko, zmierzając w stronę otwartego oceanu. Doszli do wniosku, że to jakiś nowy typ radzieckiej łodzi podwodnej, choć nadal są wątpliwości co do trafności tego rozpoznania.

O dziwo, tylko jeden z raportów pochodzi z zachodnich wybrzeży Ameryki Południowej. Obserwacji dokonano ze statku rybackiego trzydzieści kilometrów od Chile koło Tocopilli. W nocy z 23 na 24 września 1971 roku zauważono kilka nie zidentyfikowanych obiektów latających, a wśród świadków byli także policjanci. Kilka godzin później jakaś "czerwona kula" okrążyła statek, po czym utonęła w morzu w odległości około czterech i pół kilometra od niego.

Nieliczne przypadki pojawienia się USO w zachodniej części kontynentu kompensuje ich mnogość w strefie wschodniej. Wygląda na to, że wybrzeże Argentyny szczególnie przyciąga nie zidentyfikowane obiekty podwodne. Najwcześniejszy meldunek pochodzi z czerwca 1950 roku od pewnego zapalonego piechura, który podążając do Tierra del Fuego do Buenos późno w nocy przechodził wzdłuż brzegu Atlantyku między San Sebastian a Rio Grande. Nagle usłyszał jakby plusk rozgarnianej wody i zobaczył promieniujący, owalny przedmiot wynurzający się z morza około ośmiuset metrów od brzegu i lecący w stronę lądu. W dwa tygodnie później ten sam świadek widział podobne zjawisko, kiedy znajdował się między Rio Gallegos a Santa Cruz. Tym razem z morza wyłoniły się aż cztery USO.

W czerwcu 1959 roku nie zidentyfikowany obiekty długo zwodził argentyńską marynarkę wojenną. Meldunek o nim otrzymano już w Buenos Aires, ale ciągle nie można go było zidentyfikować. Wyglądał jak olbrzymia, srebrna ryba z ogromnym ogonem, przypominający stabilizator pionowy w modelach B-17. Bardzo szybko się poruszał i wykonywał zwroty. Nurkowie podpłynęli bliżej, ale nie potrafili ustalić podobieństwa do żadnego ze znanych typów łodzi podwodnych. Argentyńska marynarka wojenna miała też kłopoty z dwiema rzekomymi łodziami podwodnymi w zatoce Nuevo, częściowo zamkniętym obszarze wodnym o powierzchni trzydzieści na sześćdziesiąt kilometrów na południowy zachód od Buenos Aires. W lutym 1960 roku próbowano wpaść na ich trop wszystkimi możliwymi sposobami. Najpierw pojawiła się jedna, a potem druga. Mogły pozostawać w zanurzeniu przez parę dni i poruszać się szybciej niż statki na powierzchni. W badaniach pomagali eksperci floty amerykańskiej, ale łodzie zniknęły równie tajemniczo, jak się pojawiły.

Kierowca ciężarówki, który twierdzi, że wielokrotnie widywał w tym czasie świecące pojazdy zanurzające się i wynurzające z morza, tak się o tym wypowiedział: "Jestem absolutnie pewien, że w głębinach zatoki San Matias znajduje się baza Latających Spodków.

W Patagonii podobne zjawiska są tak powszechnie znane, że rozmowy o Marsjanach są rzeczą zwykłą wśród tamtejszych mieszkańców. 30 czerwca 1904 roku pewien kierowca przejeżdżający obok Compdoro Rivadavia zobaczył trzy lub cztery obiekty latające, które jeden po drugim wleciały do morza. Kilka kilometrów dalej spostrzegł świetliste przedmioty wynurzające się z wody i krążące z dużą prędkością. W końcu wzbiły się wysoko i zginęły na niebie.

Kilka kilometrów na południe od zatoki San Jorge 18 marca 1966 roku pewien rolnik ujrzał w odległości nie większej niż trzydzieści metrów olbrzymi pojazd latający w kształcie cygara. Miało około dwudziestu metrów, był wykonany z jakiegoś szaroczarnego metalu, a jego gładka powierzchnia pozbawiona była okien i oznakowań. Z tylnego końca wydobywał się czarny dym i wyglądało na to, że pojazd ma kłopoty, gdyż wydawał dziwne odgłosy, jakby sapania. Kiedy wpadł w wibrację jakby przed eksplozją, gospodarz uciekł, aby się gdzieś ukryć. Gdy pojazd znajdował się nad samym morzem, runął do wody. "Wcale nie płynął. Po prostu uderzył w wodę z ogromnym bryzgiem i szybko poszedł na dno."

Liczba USO i UFO pojawiających się u wybrzeży Argentyny świadczy o tym, że ich bazy na południowym Atlantyku nie jest jedynie fantastyczną mrzonką. Również dalej na północ, niedaleko wybrzeży Brazylii, zaobserwowano tajemniczą obecność. 10 stycznia 1958 roku kapitan marynarki siedział na ganku swego domu w pobliżu Curtiby, uważnie przyglądając się jakiejś "wyspie" przez lornetkę. "Wyspa" okazała się dziwną konstrukcją, składającą się z dwóch części, połączonych pionowymi uchwytami lub rurami, która poszła pod wodę na jego oczach.

Ośmioletnia dziewczynka mieszkająca niedaleko Iguape była świadkiem dramatycznego wydarzenia. 30 października 1963 roku usłyszała potężne wycie i ujrzała na niebie srebrzysty przedmiot, który przeleciał jej nad głową, uderzył w palmę i wpadł do rzeki Peropava. Inni świadkowie zdążyli jeszcze zobaczyć, jak woda i błoto zagotowały się w tym miejscu. Twierdzili, że obiekt miał średnicę siedem i pół metra, a wyglądał, jakby był zrobiony z wypolerowanego aluminium. Nurkowie podejmowali liczne próby zlokalizowania dziwnego pojazdu, ale przeszkadzała im czterometrowa warstwa błota, w którą wpadł. Możliwe, że został naprawiony pod wodą, a potem uciekł w ciemności lub też utknął głęboko w błocie. W każdym razie nigdy nie znaleziono po nim śladu.

20 lipca 1967 roku kapitan argentyńskiego statku "Naviero" zaobserwowali klasyczny nie zidentyfikowany obiekt podwodny, podczas gdy jego statek znajdował się sto osiemdziesiąt kilometrów od przylądka Santa Marta Grande w Brazylii. Wezwany na pokład, zobaczył UFO w kształcie cygara o długości około trzydziestu pięciu metrów, połyskujący biało-niebiesko, który przez piętnaście minut gonił jego statek, po czym zanurkował, przepłynął pod nim i zniknął w głębinach. Kapitan widział, jak świecił jaskrawym blaskiem przesuwając się pod wodą. W Amapie, na północ od Brazylii, w roku 1980 grupa ludzi oczekujących na prom spostrzegła UFO wynurzające się z rzeki Araguari. Pojazd wyglądał na masywny i miał około czterech i pół metra średnicy. Zawisł na wysokości pięciu metrów nad rzeką, potem powoli uniósł się i poleciał w kierunku morza.

Na północnym wybrzeżu kontynentu południowoamerykańskiego, w Wenezueli, także zarejestrowano aktywność UFO-USO. Obiekty w kształcie muszli w "wieńcu płomieni" opuścił się na wodę mącąc ją i oświetlając jaskrawym blaskiem. Obserwował to pewien człowiek z pokładu szwedzkiego statku na północ od wyspy Orchila w grudniu 1959 roku.

27 sierpnia 1967 roku kilku świadków na plaży Catia la Mar ujrzało UFO wynurzające się z morza. Jeden z nich powiedział, że ocean "zagotował się" i trzy szare dyski wynurzyły się i odleciały. 29 marca 1973 roku około Carayaca jakiś człowiek zobaczył maleńką postać, jakby pięcioletniego dziecka, w niewielkim okienku UFO, który wylądował na morzu niedaleko od brzegu. Jego żona widziała dwa dziwne obiekty siadające na wodzie, z których jeden zanurzył się, po czym oba wystartowały ponownie.

W roku 1963 na radarze niszczyciela amerykańskiej marynarki wojennej, odbywającego ćwiczenia niedaleko wybrzeży Puerto Rico kilka kilometrów na północ od Wenezueli na Morzu Karaibskim, zarejestrowano nieznany obiekt podwodny, poruszający się z prędkością ponad dwustu kilometrów na godzinę. Ten tajemniczy pojazd pojawił się na radarze trzystu statków i był śledzony przez cztery dni, w ciągu których schodził na głębokość ośmiu tysięcy metrów. żadna ziemska łódź podwodna nie jest w stanie osiągnąć takiej prędkości ani zanurzyć się tak głęboko. Gdy przesuwamy się dalej na północ przez Zatokę Meksykańską w kierunku południowych wybrzeży stanu Missisipi, docierają do nas meldunki o małych obiektach podwodnych o długości jednego metra i szerokości dziesięciu centymetrów, błyszczących jak czysta stal, które bawiły się w chowanego z oficerami ochrony wybrzeża u ujścia rzeki Pascagoula. 6 listopada 1973 roku dwaj rybacy donieśli o pojawieniu się pojazdu oświetlonego bursztynowym blaskiem. Usiłowali uderzyć weń wiosłami i kotwicami, ale umknął w ciemność gasząc światła. Wydarzenie to miało miejsce w tym samym rejonie i niespełna miesiąc po słynnym incydencie z Pascagoula - zabraniu na pokład UFO dwóch ludzi. Ze wschodnich wybrzeży Ameryki również docierają liczne meldunki, dotyczące ogromnych pojazdów z pluskiem wpadających do morza. Mogły to być jednak katastrofy samolotowe lub odłamki kosmiczne czy meteoryty.

Latem 1954 roku przybył do Nowego Jorku holenderski statek rządowy. Załoga złożyła oficjalny raport o płaskim obiekcie, który wynurzył się sto dwadzieścia kilometrów od brzegu. Kapitan zaobserwował przez lornetkę, że pojazd był początkowo szarawy, ale potem jego dolna część rozbłysnęła światłem. Wokół krawędzi były też widoczne jasne punkty, jak gdyby pochodzące od lamp.

Meldunek ze statku "St. Andrew", pływającego gdzieś po północnym Atlantyku, najlepiej ilustruje trudność z odróżnieniem meteorytów od UFO.30 października 1906 roku jakieś tysiąc kilometrów na północny wschód od przylądka Race w Nowej Funlandii "St. Andrew" przeszedł przez deszcz meteorów. Pierwszy oficer tak o tym opowiadał: "We wtorek po południu było pogodnie i bezchmurnie, chociaż słońce świeciło słabo. Tuż po pierwszym dzwonku o godzinie czwartej trzydzieści zobaczyłem w oddali meteory, spadające jeden po drugim do wody jakieś osiem kilometrów od statku. Mimo, że był dzień, zostawiły wyraźną czerwoną pręgę w powietrzu od zenitu aż po horyzont.

Jednocześnie trzeci mechanik zawołał mnie i wskazał olbrzymi meteor po prawej burcie, spadający zygzakiem w odległości nie większej niż półtora kilometra. Wyraźnie usłyszeliśmy syczenie wody. Meteor musiał ważyć co najmniej kilka ton, a jego średnica mierzyła w przybliżeniu trzy, cztery metry. Kształtem przypominał talerz i prawdopodobnie dlatego wzbudził charakterystyczny kołyszący ruch przy zetknięciu z wodą. Gdy bryła metalu uderzyła o taflą morza, strumień wody, piany i pary uniósł się na wysokość dwunastu metrów i przez chwilę wyglądało to jak otwór krateru. Gdyby zdarzyło się to nocą, meteor oświetliłby morze na co najmniej osiemdziesiąt kilometrów. Odgłos syczenia przy uderzeniu i uwalnianiu się pary był tak donośny, że pierwszy mechanik zszedł ze stanowiska, myśląc, że dźwięk pochodzi z maszynowni. Choć widziałem już wiele meteorów żaden nie był tak wielki jak ten." Świadkowie opisali meteor jako przedmiot w kształcie spodka, spadający po linii zygzakowatej kołyszącym się ruchem, to zaś wzbudza pewne wątpliwości, czy rzeczywiście był to meteor czy też UFO, zwłaszcza, że w 1906 roku takie zjawisko nie było jeszcze powszechnie znane. Ale jeśli przyjąć, że meteory mogą zachowywać się w ten sposób, niewykluczone, że wiele spośród "nie zidentyfikowanych obiektów latających" wpadających do morza było po prostu meteorami. Nie był jednak meteorem obiekt, który wpadł do wody w Shag Harbour w Nowej Szkocji 4 października 1967 roku. Zaobserwowano go w nocy z lądu, a świadek wyraźnie rozróżnił kilka pomarańczowoczerwonych świateł, które kolejno zapalały się i gasły, aż cały pojazd zniknął w wodzie. Wtedy światła zmieniły się w pojedyncze białawe, a obiekt podskakiwał na falach w odległości ośmiuset metrów od brzegu. Policjanci również zauważyli światło rozbłyskujące na wodzie i podpłynęli do niego na łodziach, ale znaleźli jedynie duży obszar wzburzonej wody i żółtawej piany. Dwa dni poszukiwań zakończyły się niepowodzeniem. Nie było także meldunku o zaginięciu samolotu. Podobne raporty pochodzą także z jezior i rzek. Jako szczególnie bogata w jeziora, Skandynawia odnotowała proporcjonalnie więcej takich przypadków. W ciągu jednego lata w 1946 roku tysiące ludzi meldowało o pojawieniu się nieznanych obiektów, które wyglądały jak rakiety przeszywające niebo i rozbijające się w jeziorach. Powszechnie uważano, że wysłali je Rosjanie, ale nigdy tego nie udowodniono. Jedną z takich "rakiet widm" rozbitych na dalekiej północy Szwecji 19 lipca 1946 roku spostrzegł pewien gospodarz, Knut Lindback, z którym w roku 1984 przeprowadzono na ten temat wywiad.

Właśnie zbierał wraz z żoną zboże z pola w pobliżu jeziora Kalmjaru, kiedy usłyszał w górze buczenie, po czym zobaczył długi, szary przedmiot w kształcie rakiety, szybko zbliżający się do jeziora, który wpadł do wody wzbijając kolejno dwie wysokie fontanny. Według Lindbacka, obiekt miał około dwóch metrów długości, "zadarty nos" i szpiczasta rufę. "Wydaje mi się, że widziałem kilka małych skrzydełek po każdej stronie, ale nie jestem pewien. Wszystko stało się tak szybko." - powiedział. Lindback wypłynął na jezioro aż do miejsca, gdzie pojazd utonął. Wodorosty i lilie miały poszarpane łodygi, a woda była mulista. Głębokość dochodziła tam zaledwie do dwóch metrów, ale nawet intensywne poszukiwania przy pomocy wojska nie dały rezultatów.

O innych podobnych wypadkach doniesiono z jeziora Kattistjarn, dwadzieścia kilometrów na północny wschód od Kolmjarv. Chłopiec łowiący ryby spostrzegł, że coś spada koło niego, wzbijając wysoki słup wody. Miało to miejsce około kwadransa przed wydarzeniem opisanym przez Knuta Lindbacka. W tym samym czasie nad Bolebyn na północy widziano inny powietrzny obiekt, podobny do bańki na mleko, który przez piętnaście minut pozostawał w polu widzenia, nie mógł zatem poruszać się zbyt szybko. Trzy tygodnie później, 13 sierpnia, skrzydlaty obiekt runął do jeziora w środkowej Norwegii, a 18 lipca, na dzień przed "katastrofą " w Kolmjarv, dwie skrzydlate cygaropodobne "rakiety" wpadły jednocześnie do jeziora Mjosa w środkowej Norwegii. Ponieważ wyżej opisane wydarzenia nastąpiły, zanim w 1947 roku cały świat usłyszał o UFO, skandynawskie meldunki o "rakietach widmach" do dziś należą do najbardziej zagadkowych. Jeśli były to rzeczywiście eksperymenty prowadzone przez Rosjan, musiałyby mieć miejsce regularne starty, które tłumaczyłyby dużą liczbę raportów o nie zidentyfikowanych obiektach, a przecież żadne szczątki po rozbiciu nie zostały znalezione.

W drugiej połowie naszego stulecia na terenie Skandynawii znajdowano olbrzymie wyrwy w grubej warstwie lodu na jeziorach, jak na przykład ta o wymiarach dwadzieścia na dwadzieścia pięć metrów w lodzie o grubości jednego metra na szwedzkim jeziorze Uppramen. W roku 1976 widziano, jak jakiś ciemnoszary obiekt wyrył tunel w lodzie pokrywającym jezioro Siljan w Szwecji. 8 grudnia 1983 roku w Finlandii wieśniacy spostrzegli na niebie wirujące w powietrzu światła, a potem znaleźli dziurę w lodzie, zaś podobne wydarzenia miały miejsce w Kanadzie i w Stanach Zjednoczonych. Kilkakrotnie widziano UFO nurkujące w jeziorach i rzekach, a czasami także wynurzające się z nich.

Najdziwniejszy chyba meldunek złożył mieszkaniec Kolumbii Brytyjskiej, który 16 maja 1981 roku łowił ryby na rzece Thompson. Było jasne, słoneczne popołudnie. Nagle usłyszał głos, "jak gdyby ktoś wlewał na patelnię wodę", a w odległości dziewięćdziesięciu kilometrów od niego jezioro zabulgotało. "Typowy Latający Spodek" wynurzył się powoli z rzeki, wzbił w powietrze i odleciał. Na rybaka spadł deszcz małych kulek, z których kilka zachował do analizy. Niestety o wynikach tych badań nic nie wiadomo.

W listopadzie 1964 roku Frank S. Kinsey, były pilot sił powietrznych marynarki wojennej, odbywał krótką wizytę w miejscowości Ventura w Kalifornii, gdzie udało mu się sfotografować UFO. Tego ponurego, pochmurnego ranka stali na brzegu ze szwagrem. "Nagle usłyszałem głośny hałas i dzwięk rozpryskującej się wody. Spojrzałem na jezioro i zobaczyłem, jakoś wynurza się z wody. Oniemiałem. Na szyi miałem aparat fotograficzny, ale tak mnie zaskoczyło to, co zobaczyłem, że zupełnie o nim zapomniałem. To coś wynurzyło się z wody mniej więcej osiem metrów od nas i zawisło w powietrzu. Przypomniałem sobie o aparacie i w chwili gdy go podnosiłem do oczu, obiekt zaczął się oddalać. Zdołałem go tylko uchwycić na samym brzegu kliszy, gdyż w ciągu kilku sekund zniknął ponad szczytami. Gdy tak mknął do góry, jego kolory zmieniały się od ciemnej lawendy, poprzez żółć, do ognistej pomarańczy. Potem straciłem go z oczu." Przed zrobieniem zdjęcia Kinsey spojrzał na obiekt przez lornetkę i dostrzegł coś, co wyglądało na żywą istotę, odwzajemniającą jego spojrzenie!

Artykuł pochodzi ze strony www.ufo.dos.pl